Gęsior VS Kettlebells – GENEZA

Please try entering https://graph.facebook.com/373705799393044/photos?fields=source,link,name,images,album&limit=6 into your URL bar and seeing if the page loads.

Please try entering https://graph.facebook.com/450123705085879/photos?fields=source,link,name,images,album&limit=12 into your URL bar and seeing if the page loads.

Sport towarzyszył mi od zawsze.

Z początku wybór padł na lekkoatletykę. Interesowało mnie bieganie – głównie wokół domu. Była fascynacja skokiem o tyczce – kij od miotły sprawdzał się świetnie w skokach przez ławki i kałuże. Pchnięcie kulą – kamienie i cegłówki doskonale leżały w dłoni (choć nie zawsze lądowały tam, gdzie powinny). Była też wspinaczka – wszystkie okoliczne drzewa, murki i tereny budowy zaliczone. Miałem również swoje pięć minut w desancie – skoki z okolicznych dachów z własnoręcznie zbudowanym spadochronem z folii ogrodniczej i prawdziwego, spadochroniarskiego sznurka (to nie żart!).

Z czasem wydoroślałem… i w wieku 8 lat rozpocząłem przygodę z Karate. Nie, moją inspiracją nie był “Krwawy sport” czy sylwetka Bruce’a Lee. To była inicjatywa mamy zdenerwowanej ciągłym laniem jakie zbierałem od rówieśników. Batów więcej nie dostałem, a długie lata treningów pod okiem sensei Zbigniewa Wilka ukształtowały mnie mocno pod kątem dbałości o technikę i wyrobiły, jak to się ładnie teraz nazywa, “mental toughness“. W miarę upływu lat nie stroniłem od innych sportów i pytany zawsze odpowiadałem, że jestem “aktywny fizycznie”.

Pavel TsatsoulineNa “stare lata” przyszło mi jednak pracować za biurkiem. W wymiarze godzin znacznie przekraczającym normę. I fakt, że była siłownia, że był rower, że było zacięcie do jakiejś pracy nad sobą – brakło by zachować zdrowie. Padł kręgosłup. Przepuklina pomiędzy L5 a S1. Rwa kulszowa. Permanentny ból promieniujący niekiedy aż do pięty! A na domiar złego lekarze-idioci, którzy przez 3 miesiące nie potrafili zdiagnozować bólu w nodze i upierali się przy zapaleniu mięśnia, faszerując mnie lekami za blisko 200zł, co poskutkowało podrażnieniem żołądka i szeregiem innych problemów gastrycznych… Zalecany odpoczynek od aktywności fizycznej (tak, to była recepta na zdrowie!) również nie przyniósł rezultatów. Brakło też w tamtym czasie jakiegoś mądrego fizjoterapeuty pod ręką, który powiedziałby co należy robić. I tak męka trwała jakiś rok. Może więcej. Nie pomnę – wymazałem to z pamięci.

Przełom nastąpił, gdy mój przyjaciel Paweł Gunia (instruktor SFG, SelfConstruction) opowiedział mi o kettlach i jakimś Rusku nazwiskiem “Caculin”, który szkoliwszy wcześniej Specnaz opuścił ojczyznę i udał się do kapitalistycznej Ameryki by wstrząsnąć w posadach światem sportów siłowych, głosząc metody treningowe stojące dokładnie w opozycji do tego co znamy, wyśmiewając jednocześnie zachodnich kulturystów nazywając ich słabeuszami. Wydało mi się to tyleż ciekawe co zabawne. Gdy jednak czytając o jego metodach i tych tajemniczych wówczas żelaznych kulach dowiedziałem się, że jest to droga do WYLECZENIA problemów z kręgosłupem, uczepiłem się kurczowo tego faktu zakupując z miejsca 3 książki! Zafascynowała mnie zarówno retoryka jak i nowe fakty, które wydawały mi się wiedzą tajemną. Nie minęło wiele czasu nim zakupiłem pierwszą parę “pudówek”. Postawiłem w owym czasem na winylowe Yorki myśląc… właściwie nie wiem co;) Jednak 16kg to 16kg i sprawdzało się nieźle! Pamiętam jak dzisiaj, gdy uczyłem się swingów z książki. Pulsometr po 2 czy 3 serii do 20 powtórzeń pokazał tętno 190! Fakt, że byłem wówczas bez formy – wszak doktorzy kazali spoczywać – ale i tak stwierdziłem, że to poniewiera okrutnie! A jak poniewiera – znaczy DOBRE! Miałem dużo szczęścia, bo mając już w tamtym czasie sumę wiedzy, własnego doświadczenia i przeczucia wykonywałem te ćwiczenia na tyle poprawnie, że nie uszkodziłem się bardziej. Mało tego, po przeszło roku męczarni wystarczyło raptem 3 miesiące drążka i swingów, bym zapomniał o plecach! Codzienny ból zniknął, powrócił uśmiech i dobre samopoczucie, a kettle zyskały w moich oczach wręcz cudowne właściwości. Zatem gdy piszę, że “trening z kettlami poprawia jakość życia” to w moim przypadku to 99% prawdy i najwyżej 1% marketingu. A wiem, że każdy ćwiczący pod moim okiem potwierdzi jak wiele jego plecy zawdzięczają pracy z odważnikami.

No dobrze, ale co dalej? Kopiowanie ruchów rożnych autorytetów z YouTuba czy wizualizowanie lakonicznych opisów z nielicznych książek przestało dawać satysfakcję zwłaszcza, że pojawiało się coraz wiecej pytań, na które drogą samodzielnej edukacji, doświadczenia i rozmów z Pawłem nie zawsze udawało się dać wyczerpującą odpowiedź. Gdzieś w tak zwanym międzyczasie świat drogi od Bielska Białej znalazłem jedynego w Polsce wówczas RKC. Jednak jako, że Dariusz Waluś wraz ze swoim CKB w Zielonej Górze był mi nie po drodze, to ograniczałem się wtedy do wymiany kilku maili i sporadycznego zaglądania na stronę internetową. I w owej sporadyczności miałem kupę szczęścia, bo udało mi się wypatrzeć informacje o pierwszym w Polsce kursie instruktorskim sygnowanym przez Pavel’a – dowiedziałem się o tym na 10 dni przed. Nie przeszkodziło mi to w zorganizowaniu się i udało mi się zaliczyć moje pierwsze INTRO pod okiem Darka, które było przepustką do HKC prowadzonego przez Petera Lakatosa. I w ten sposób udało mi się “zalegalizować” pasję, którą już w tamtym czasie zarażałem innych samemu prezentując już niezły poziom. Potem już było łatwiej. Kolejne szkolenia z kettli przeplatałem kursami z podnoszenia ciężarów, treningu medycznego i zagadnień z pogranicza fizjoterapii (wybrane skany – poniżej, a pełna galeria na Facebook’u).

Facebook API came back with a faulty result. You may be accessing an album you do not have permissions to access.

Co dalej? To już mniej więcej wiadomo: turek, swingi, pressy, martwe ciągi i inne przysiady 😉 – byle ciężej, byle lepiej, byle dalszy progres, byle głębsze zrozumienie tematu. Dzięki wytrwałości i ciężkiej pracy zaowocowało to dostaniem się do CKB TopTeam – z dumą noszę czerwoną koszulkę!

I w dużym przybliżeniu trwa to do teraz, przy czym nie martwię się już tylko zdrowie i postępy swoje, ale także niemałej już rzeszy trenujących ze mną. Dzięki temu łapię doświadczenie i… gdzieś tak za 57 lat odważę się powiedzieć o sobie GURU KETTLEBEL! Nie czekając jednak na to – już teraz oprócz treningów organizuję kameralne warsztaty dla tych, którzy głodni wiedzy i zrozumienia mają ochotę mnie wysłuchać! Poniżej galeria z warsztatów.

Facebook API came back with a faulty result. You may be accessing an album you do not have permissions to access.

3 Responses to "Gęsior VS Kettlebells – GENEZA"

  1. LOYALTY. RESPECT. HONOR

  2. Miło się czyta takie historie :]

  3. Dobrze, że trafiłeś na rady Pawła. Ale jeszcze lepiej, że zabezpieczyłeś się na przyszłość – poznając kompetentnego fizjoterapeutę 😉

Leave a reply

You must be logged in to post a comment.